
Auschwitz po niemiecku, Oświęcim po polsku. Budynki z cegieł, jeden fotokopią drugiego, otoczone drutem kolczastym. Tutaj przechodzi się przez bramę z umieszczonym u góry napisem, też po niemiecku, który jest czystym szyderstwem: „Praca czyni wolnym”. Na koniec, w ostatnim budynku, który odwiedzamy, w bloku 11, świeca na środku ciasnej celi, pozwala nabrać oddechu ulgi. Jest życie po oddechu śmierci, wyimaginowanej, widzianej w poprzednich blokach: od ściętych włosów do butów, od odebranych waliz i toreb do fotografii dodanych do numeru na pasiaku: to, co najwyżej zostaje z miliona osób, które przeszły przez Auschwitz-Birkenau. I nigdy nie wyszły. Ta świeca w końcu jest światłem, Zmartwychwstaniem Jezusa, który zstąpił do tego piekła. Zwycięstwo życia nad śmiercią dokonało się tam, gdzie teraz jest ta świeca, w celi o. Maksymiliana i jego towarzyszy, w „bunkrze głodowym”. Właśnie tutaj znaleźliśmy światło i małą tablicę, która upamiętnia jego gest: oddanie życia. O. Maksymilian ofiarował własną egzystencję, w tej grze miłości, która jest „zajęciem miejsca”, dla polskiego sierżanta Franciszka Gajowniczka, ale w tym powierzeniu siebie za oficera, ojca rodziny, według powiedzenia rabinistycznego uratował, na równi z wieloma innymi „sprawiedliwymi”, całą ludzkość. Kto ratuje jednego (dwóch, trzech, więcej), ratuje wszystkich. Ale jest coś więcej i jest dlatego, ponieważ ten polski współbrat, więzień 16670, okazał: Miłość Jezusa dla każdego brata. „Da teipsum aliis = Amor” (Daj siebie innym = Miłość) jest skuteczną syntezą, prawie matematycznym równaniem o. Maksymiliana. Gest nasycony Ewangelią. I Maryi, Matki Pana, ponieważ brat Maksymilian, poświęcając się bardzo wcześnie Niepokalanej, chciał być i czynić wszystko poprzez Nią. Albo lepiej, pozwolić Jej działać, poddając się Jej działaniu. Także i przede wszystkim w dramatycznych chwilach, gdy trzeba było wybierać.
Tak więc w Auschwitz-Birkenau rozpoczęła się minionego 18 października nasza pielgrzymka, około trzydziestu braci mniejszych konwentualnych, pochodzących z różnych Prowincji włoskich, pod kierownictwem Krajowego Asystenta M.I., o. Egidio: spotkanie upragnione przez wszystkich z okazji 70-tej rocznicy Męczeństwa św. Maksymiliana Kolbego (14 sierpnia 1941). Opatrznościowa obecność Misjonarek Niepokalanej Ojca Kolbego, które przez tydzień podejmowały nas w swoim domu w Harmężach, dwa kroki od Oświęcimia, w szczególności Antonelli, zawsze obecnej podczas naszych polskich dni jako osoba towarzysząca, kompetentna i z pasją. „Odkryłem św. Maksymiliana”, powiedział ktoś jako rezonans pod koniec tego doświadczenia; „’Odnalazłem’ Maryję”, dodał ktoś inny i te dwie uwagi okazały się dla innych jako jeden dźwięk albo lepiej harmonia w jednym akordzie. Św. Maksymilian Kolbe odwiedzony ponownie ponad klisze franciszkanina konwentualnego nietypowego, „obcego” jako geniusz, „piękny i niemożliwy”; zbytnio skupiony na osobie Maryi i Jej pośrednictwie. Ona, Maryja, Niepokalana, odkryta po pokonaniu przeszkody z powodu pewnej dewocji, która Ją otacza, dzięki zakotwiczeniu w Jej tożsamości biblijnej i teologicznej, w Jej powołaniu w planie zbawienia. Rozumiesz lepiej św. Maksymiliana – i także Maryję – jeśli udajesz się do jego ziemi. Podobnie jak uczysz się Jezusa, jeśli masz łaskę pielgrzymowania do Ziemi Świętej. Jeden tylko fakt; zdajesz sobie sprawę z decydującego znaczenia Maryi u młodego Polaka Rajmunda Kolbego, jeśli myślisz, poza jego intensywnymi więzami z jego mamą, o dziecięcym przywiązaniu, które cały naród żywi dla Pani Jasnogórskiej, „Królowej Polski”. Jeśli widzisz, uczysz się; jeśli znasz, kochasz. I wydaje się tobie, że lepiej pojmujesz misyjny projekt o. Maksymiliana Kolbego, jego marzenie, jego intuicję, która stała się realnością, odwiedzając Niepokalanów, „Miasto Niepokalanej”.
Niepokalanów, Częstochowa, Sanktuarium Bożego Miłosierdzia u bram Krakowa, Wadowice – rodzinne miasto Błogosławionego Jana Pawła II -, Kalwaria Zebrzydowska były naszymi etapami wewnątrz duchowej geografii Polski. Wywiera na tobie wrażenie i buduje ciebie w tych miejscach widok młodych i starszych, którzy modlą się na kolanach, którzy śpiewają wspólnie, którzy umieją zachować milczenie i stać w kolejkach do spowiedzi, konkretne postawy mocnego animus religiosus (ducha religijnego), wiary z przekonania, chociaż sekularyzacja, to nam zostało powiedziane i trochę to widzimy, wchodzi w sposób zmasowany. Już nie zabija się ciała, głaska się brzuch i usidla duszę.
Dłuższy postój w Krakowie, mieście drogim dla Jana Pawła II z Wadowic, który we wspaniałej stolicy antycznej był wyświęcony na księdza i którego później został pasterzem. Tutaj i w każdym innym polskim zakątku wszystko mówi o nowym Błogosławionym: plakaty, statuy, tytuły ulic i dzieł. Prawdziwy Bohater narodowy, który katalizuje dumę całego narodu. Mocny Papież, w pontyfikalnym stroju liturgicznym, mitra na głowie, pastorał trzymany w lewej ręce, prawa ręka wzniesiona i błogosławiąca, który patrzy do przodu i wydaje się powtarzać: „Nie lękajcie się!”: tak statuy. Ale podobały się też: jego kajak, narty młodego Karola zgromadzone w Diecezjalnym Muzeum w Krakowie; ławka – teraz zlokalizowana dzięki małej tabliczce – w ostatnich rzędach naszego kościoła konwentualnego św. Franciszka, naprzeciwko Kurii Biskupiej, gdzie Karol Wojtyła wpierw jako młody kapłan a potem jako Biskup udawał się na modlitwę. Szczegóły, odpryski, fragmenty zwykłej świętości, nie heroicznej, ale po prostu chrześcijańskiej, jaką przyszły Jan Paweł II doceni, wynosząc ku chwale ołtarzy niezliczone rzesze mężczyzn i kobiet, ojców i matek rodzin wymieszanych z konsekrowanymi i pasterzami: po prostu – czasem (ale nie koniecznie) heroicznie – prawdziwych chrześcijan. Wśród nich św. Maksymilian Maria Kolbe w dniu 10 października 1982 roku.
W ostatnim dniu, przed ponownym zawiezieniem nas do Krakowa, autobus znowu otarł się o Auschwitz, blok 11 i inne, jakby pozwalając nam na ostatnie pożegnanie, życzliwy gest i jeszcze modlitwa. Horror i śmierć w Auschwitz i w pobliskim, znacznie większym Birkenau, „holokaust” bardzo wielu niewinnych, miejsca podeptania ludzkiej godności, które zostały odkupione przez św. Maksymiliana i innych „sprawiedliwych”. „Nie ma już śmierci, skoro jeden umarł za wszystkich”, twierdzi Apostoł. Tylko Jezus jest tym Jednym: Maksymilian wierząc w Niego poprzez Maryję, uczynił w Auschwitz żywym: „Kochać kogoś, oznacza powiedzieć mu: ty nie umrzesz!” (G. Marcel).
Gdy w obozie koncentracyjnym gasną światła dnia – tego doświadczyliśmy pod koniec Drogi Krzyżowej tam odprawianej – i ciemność pochłania wszystko, pozostają tylko małe światełka położone, wraz z jakimś kwiatem, przez wrażliwe serca wzdłuż torów i drutów kolczastych. Spektakl, który jawił się dla mnie jako zwycięstwo tych wszystkich mężczyzn i kobiet zabitych w obozie: jaśnieje jeszcze, będąc pomimo nocy szaleństwa. Przykro mi, Maksymilianie, i tego żałuję, że nie zaniosłem Tobie i wszystkim deportowanym czegoś, jak mały znicz, świeże kwiaty, róże. Tak, pachnące róże. Wziąłbym białe i czerwone.
O. Jan Voltan OFMConv.,
Padwa, Italia